Blog w nowej odsłonie

Drodzy Czytelnicy! Ta strona nie jest już aktualizowana. Zapraszamy na naszego bloga w nowej odsłonie pod adresem: http://www.inowswiat.pl

z pozdrowieniami z Indii,
Anna & Pawel

Reklamy

Wracamy – ostatnie dni w Bangkoku

Dziś piszę ostatni post na Waszym ulubionym blogu. Za kilka godzin mamy lecieć do Polski. Nie do końca nam się to podoba, ale tak właśnie miało być. Za chwilę wyjdziemy po raz ostatni zjeść tajski makaron z zielskiem i jajem, a następnie wsiądziemy do ciasnego samolotu i przesuniemy się o pięć godzin lecąc na zachód. Nie będzie więcej świeżych i obranych owoców na ulicy, nie będzie jedzenia na każdym kroku, ani wiecznego słońca. Nic nie będzie takie jak przez ostatnie 3 miesiące.

Będzie za to powrót do rodziny i przyjaciół, których bardzo nam brakuje. Zobaczymy po raz pierwszy syna mojej siostry, zjemy obiad u mamy,  zobaczymy co słychać u brata i pokażemy 4 tysiące zdjęć babci. Później wprowadzimy się do Agi i Luigiego. Przyjdzie też czas na wesele Brodniewiczów, gdzie będzie chyba cały Poznań, więc spotkamy wszystkich za jednym zamachem. Dzięki nim jakoś to będzie 🙂

Ostatnie kilka dni wyjazdu spędziliśmy w Bangkoku. Zobaczyliśmy w końcu pałac królewski, który polecamy każdemu wielbicielowi bogactwa. Po tym co widzieliśmy do tej pory nie jest to już jednak nadzwyczajne widowisko. Jest na pewno więcej złota i elegancji niż zazwyczaj. Jest też dużo więcej widzów.

Grand Palace

Grand Palace

Grand Palace

Grand Palace

Grand Palace

Grand Palace

Na tym zakończyliśmy zwiedzanie Bangkoku. Świątynie i muzea nie nadają się na ostatnie chwile w tym mieście. Postanowiliśmy w końcu pojechać na Khao San Road – słynną ulicę imprezową. Można tu kupić w zasadzie wszystko, wypić wiaderko alkoholu, zjeść skorpiona, zrobić tatuaż, a także wyrobić dowolny dokument na dowolną tożsamość.

Khao San Road

Khao San Road

Wpadliśmy również w szał zakupowy. Nie na Khao San oczywiście, ale w kilku innych miejscach. Warto wspomnieć, że ulica Sukhumvit w Bangkoku obfituje w salony oferujące garnitury szyte na miarę. Jest ich przynajmniej kilkadziesiąt. Ceny zaczynają się od 300zł za kompletny garnitur i od 80zł za koszulę. Limit górny jest znacznie wyższy, a o cenie stanowią takie czynniki jak rodzaj i pochodzenie materiału oraz oczywiście renoma salonu krawieckiego. Oferowano mi garnitury z wełny, kaszmiru, jedwabiu. Często padała też propozycja wszycia dowolnej metki (‚you want Armani or Versace? No problem sir.’). Wybór trudny, dlatego po opinię trzeba było sięgnąć do internetu. Według klientów wypowiadających się na TripAdvisor, bezkonkurencyjny salon to Empire Tailors (http://www.tripadvisor.com/Attraction_Review-g293916-d1994733-Reviews-Empire_Tailors-Bangkok.html).

Obsługa rzeczywiście bezkonkurencyjna. Podobnie jak sam produkt końcowy. W ciągu 3 dni zostałem przyodziany w najprawdziwszy garnitur z wełny i kaszmiru oraz koszulę z bawełny egipskiej.

Empire Tailors

Empire Tailors

Empire Tailors

Empire Tailors

Empire Tailors

Empire Tailors

Wybrać można spośród dziesiątek dostępnych materiałów. Klient decyduje o każdym, najmniejszym nawet szczególe garnituru, a poprawki wprowadzane są bez mrugnięcia okiem. Jako że był to najbardziej polecany salon, postanowiłem dla porównania uszyć koszulę w losowo wybranym miejscu. Nie było już tak wesoło. Rzeczywiście koszula była na czas, jednak trzeba było dwa dni pod rząd przychodzić na poprawki, które trzeba było wyraźnie wskazać sprzedawcy. W Empire Tailors praktycznie nie było co poprawiać, a w najgorszym wypadku podczas przymiarki, obsługa sama wiedziała co trzeba zmienić. Zdecydowanie polecam. Obowiązkowa pamiątka z Bangkoku 🙂

Szał zakupowy trwał również na największym targu w Tajllandii – Chatuchak Market. Ubrania te same, które docierają do Polski tylko po zdecydowanie niższych cenach, jedzenie, gadżety, pamiątki – wszystko czego dusza zapragnie. A kupują zarówno biali jak i miejscowi, dlatego ceny nie są wygórowane. Made in Thailand.

Jako wielcy fani azjatyckiej kuchni, nie mogliśmy odmówić sobie zakupu kilku przypraw. Jednym z najlepszych miejsc jest ogromny market Tor Kor. Znaleźć można tam chyba wszystko czego Tajowie używają w kuchni.

Tor Kor Market

Tor Kor Market

Tor Kor Market

Tor Kor Market

Owoców będzie brakować.. i to bardzo. Dlatego w Bangkoku nie oszczędzaliśmy się i owoce wskoczyły na pierwsze miejsce w naszej diecie. Zaraz po nich oczywiście różnego rodzaju słodkości i napoje, których w Polsce nie uświadczymy. Świeży kokos do picia.. lody kokosowe podane w kokosie… Eh… nie wiem jak do tej pory mogliśmy bez nich żyć.

Kokos

Kokos

Lodzik kokosowy w łupinie kokosowej

Lodzik kokosowy w łupinie kokosowej

Dziś ostatni dzień. Obowiązkowy spacer po parku Lumpini. Piękne miejsce w środku miejskiej dżungli, w którym spotkać można ogromne warany paskowane, żółwie, ptaki i ryby. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę jedząc tajskie pierożki z kokosem i taro oraz rozmawiając o tym co spotkało nas w ciągu ostatnich miesięcy. Powrót do Polski wydaje się być bardzo odległy, a jednak to już za chwilę..

Lumpini Park

Lumpini Park

Lumpini Park

Lumpini Park

Lumpini Park

Lumpini Park

Trzeba było również przejść po raz ostatni przez chińską dzielnicę. Kupić świeży sok z owoców granatu, zjeść zupkę ze świńskiej skóry i flaka oraz po prostu popatrzeć jak to wszystko wygląda.

Chinatown

Chinatown

Brakować będzie nam wielu rzeczy. Spacerów po mieście, w którym ciągle coś się dzieje. Przekąsek dostępnych zawsze i wszędzie. Owoców. Tajów samych w sobie. Brakować będzie Muay Thai jako sportu narodowego. Znowu będziemy słuchać jak kibole zdemolowali stadion – bo przecież naszym sportem musi być akurat piłka nożna.

Muay Thai

Muay Thai

Przez 3 miesiące nie słyszeliśmy nic o polskiej polityce – i uwierzcie, że żyje się z tym całkiem nieźle. Wiadomo że wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma. Możemy sobie trochę ponarzekać na Polskę, ale jednak tam wracamy. Wcale nie dlatego, że musimy, ale dlatego, że chcemy. Nie jest to może kraj naszych marzeń, aczkolwiek mamy z nim wiele wspólnego. Dobrze jest mieć do kogo wracać. Mamy wiele takich osób.

A do Tajlandii na pewno jeszcze wrócimy.

Na rozluźnienie atmosfery, chciałem jeszcze pokazać jak podróż zmienia człowieka. Poniżej zdjęcia porównawcze zrobione w pierwszy oraz w ostatni dzień wyjazdu. Różnica dotyczy głównie mnie – Anna jest nadal piękna 😉

Pierwszy dzień wyjazdu...

Pierwszy dzień wyjazdu…

Ostatni dzień wyjazdu...

Ostatni dzień wyjazdu…

P

Laguna

Koh Phi Phi – nowy wymiar wakacji

Koh Tao zapamiętamy na zawsze i będą to piękne wspomnienia. Zrobiliśmy tam już jednak wszystko co zaoferowała nam wyspa i nadszedł czas na kontynuację podróży. O 21:00 w środę 9.04.2014 wsiedliśmy na pokład nocnej łodzi, która miała być pierwszym z trzech środków transportu w drodze na Koh Phi Phi. Znaliśmy już nocne autobusy, nocne pociągi, ale nocna łódź w Tajlandii to zupełnie nowe doświadczenie. Otóż na takiej łodzi znajduje się jedno pomieszczenie sypialne. Śpią tam wszyscy. Na oko ponad 100 miejsc jedno obok drugiego.

Sleeping boat

Sypialnia na łodzi

Przysypiając gdzieś pomiędzy Anną, a nieznaną panią z Tajlandii, obudziłem się około 4:30 rano. Światła były zapalone, a pasażerowie po woli wstawali z prycz. Dopływamy na miejsce. W porcie czekała na nas obsługa biura turystycznego, w którym zakupiliśmy bilety. Taksówka wliczona w cenę biletu zawiozła nas do swojej siedziby, gdzie do 6:30 czekaliśmy na autobus. W zasadzie minibus, a konkretnie van. Ten rodzaj transportu doskonale pamiętamy. Głównie z Laosu. Pamiętajcie – nigdy, ale to nigdy nie korzystajcie z minibusów jeśli macie inną możliwość. Auto jest zawsze wyładowane do granic możliwości ludźmi i bagażami, a miejsca są skrajnie małe i niewygodne. Tyłek odpada po 30 minutach, a ten transfer trwał ponad 3 godziny bez przerwy. Przerwa była – ale tylko dla kierowcy. Dojeżdżaliśmy do kolejnego punktu przesiadkowego czyli do miejscowości Krabi. Byliśmy na czas, przy czym przed samym wjeździe do miasta kierowca zatrzymał się, wysiadł, zapalił papierosa i przeszedł się kilka razy dookoła pojazdu bez większego celu. Gdy dojechaliśmy do punktu przesiadkowego miła pani powiedziała: ‘Wasz prom odpłynął o 9:00, a jest 9:10 więc macie dwie możliwości: czekać 6h na następny prom, albo kupić bilety na 10:00 po 400THB za osobę.”. Cena o mniej więcej dwukrotnej przebitce. Nasz obecny niewykorzystany bilet będzie ważny na powrót lub na dowolną inną podróż dowolnego dnia. Co zrobić.. raz już czekaliśmy pół dnia w porcie bo poprzedni kierowca zrobił taki sam manewr i przyjechał 10 minut po czasie. Cały dzień stracony, a zaoszczędzić i tak nic się nie da bo trzeba coś jeść i pić, a restauracje w portach do tanich nie należą. Kupiliśmy bilety na 10:00. Do tego zarezerwowaliśmy jedną noc w bungalow na plaży w cenie 800THB. Normalnie nigdy tego nie robimy, przy czym na wyspach rezerwacja przez biuro gwarantuje transfer z portu do miejsca zamieszkania. Opłaca się wziąć droższy nocleg, ponieważ taksówki w portach mają własny, mocno turystyczny cennik i wychodzi się na to samo lub gorzej.

Wsiedliśmy na pokład łodzi – trzeciego i ostatniego środka transportu.

Koh Phi Phi ferry

Ostatnia przesiadka na Koh Phi Phi

No może przedostatniego. W porcie czekali na nas Tajowie z resortu. Zabrali nas prywatną łodzią wprost na plażę, na której mieliśmy mieszkać. Podroż chwilę trwała. Na tyle długo, żeby zorientować się, że do resortu nie prowadzą drogi lądowe. Transfer wliczony w cenę jest tylko w jedną stronę. W takich chwilach człowiek po raz kolejny uświadamia sobie, że podróżuje ponad 2 miesiące i ciągle popełnia podstawowe błędy. Trudno. Wyspy to nasze wakacje i nie będziemy się tym przejmować. Pogodziliśmy się z tym, że mili i uczciwi Tajowie zostali na północy, a my jesteśmy na dalekim południu, gdzie głównym atrybutem białego człowieka jest pieniądz.

Taxi-boat

Taksówka do resortu

Zazwyczaj po kilkunastu godzinach podróży jesteśmy rozdrażnieni. Ale to nic. Widoki które podziwialiśmy z Koh Phi Phi rekompensują wszystko. Pionowe skały wyrastające z morza, piękne plaże i prywatny domek z bambusa na skraju dżungli. Wakacje pełną parą.

Zameldowaliśmy się w naszym bambusowym mieszkaniu. Elegancki domek z wiatrakiem, moskitierą nad łóżkiem i łazienką w dobudowanej części. Pełen luksus.

Rantee Beach

Rantee Beach bungalow – Koh Phi Phi

Poza domkami tego typu w resorcie znajdowała się tylko recepcja i restauracja. Jedyna droga z plaży to wąska ścieżka pod górę przez środek dżungli prowadząca do punktu widokowego. To może poczekać. Teraz są wakacje. Książka w jedną rękę, szejk bananowy w drugą i niech czas sobie płynie.

Intelekt i elokwencja

Elokwentny człowiek na Koh Phi Phi 😀

Rantee Beach resort

Leżakowanie

Tak upłynął nam pierwszy dzień na Koh Phi Phi. W międzyczasie trochę snoorkelingu, obiad, hamak. Temperatura nie schodziła poniżej 32 stopni w cieniu. Czekaliśmy do 17:30, aż się trochę ochłodzi (czyli gdy będzie około 30 stopni). Wtedy nadszedł czas na punkt widokowy. Niby turystyczna wyspa, a dżungla z prawdziwego zdarzenia. Małpy, jaszczurki, cykady, liany i chaszcze. Wszystko jak trzeba. Około 20 minut drogi pod górę. Na szczycie nie wiadomo skąd pojawia się babcia kasująca bilety za wejście. Na szczęście mieliśmy ze sobą kilka groszy. Na punkcie spotkaliśmy sporą grupę turystów. Okazało się, że wejście od strony miasta jest dużo łatwiejsze i właściwie wszyscy tu przychodzą. Tu zrodził się nasz plan dotarcia do miasta na kolejny dzień. Ale o tym za chwilę.

Zachód słońca był oczywiście piękny. Koh Phi Phi to w zasadzie dwie wyspy połączone bardzo wąskim przewężeniem, w okolicy którego skupia się całe życie. My mieszkaliśmy zupełnie po drugiej stronie świata.

Koh Phi Phi view point

Punkt widokowy na Koh Phi Phi

Koh Phi Phi sunset

Zachód słońca

W naszym oddzielonym od świata resorcie tego dnia miało miejsce wieczorne grillowanie. Świeże ryby i owoce morza na stół. Wybraliśmy sobie całego tuńczyka, który od razu został przyprawiony i upieczony. Jak smakuje świeży tuńczyk? Ciężko nawet porównywać do tuńczyka, którego znajdujemy w puszkach w Polsce. Trzeba spróbować. Od siebie powiem tylko, że jest bardzo dobry 🙂

Tuna fish

Tuńczyk w sosie ostrygowym

W Azji nic się nie marnuje. Z odsieczą zawsze ściąga tłum futerkowych.

Cat

Żebrak

Po kolacji trochę rozrywki. Plac zabaw dla dużych i małych.

Playground

Na placu zabaw

Spacerując po ciemku natknęliśmy się na całe mnóstwo krabów różnych gatunków biegających po plaży. Wystarczy na chwilę przysiąść w jednym miejscu, żeby zobaczyć jak cały świat pod nami się rusza. Kraby są bardzo sympatyczne. Nie mają jadu, nie gryzą. No i oczywiście chodzą bokiem co dodaje im uroku 😀

Crab hunter

Łowca krabów

Kawałek dalej od morza znaleźć można całkiem spore dziury w ziemi. Widać od razu, że wykopane dużymi i silnymi.. odnóżami. Wieczorem w środku zaczęli pojawiać się właściciele.

Giant Crab

Ogromne odnóża…

Zobaczyłem i pomyślałem, że w końcu po ponad dwóch miesiącach spotkałem ptasznika w naturalnym środowisku. Ale wielki… trochę za duży. Nie znam takiego gatunku żyjącego pod ziemią. No i tak co kilka minut robiłem kolejne podejścia, żeby nakryć osobnika na gorącym uczynku jak wychyla się z nory. Nie było to łatwe, ale w końcu zobaczyłem jeden dość istotny atrybut niepasujący do znanej mi dobrze anatomii pająków..

Giant Crab

Ogromne szczypce…

No tak.. kraby giganty opanowały również lądową część wyspy. O pająkach mogę raczej zapomnieć J

Nazajutrz wstaliśmy około 6:00 i wyszliśmy na plażę zobaczyć wschód słońca. Nasz resort znajdował się w idealnym miejscu. Wschody i zachody, mimo że bardzo popularne wśród turystów na całym świecie, nie są przereklamowane. Najlepsze rzeczy na świecie są darmowe. A słońce wschodzi i zachodzi dla nas każdego dnia zupełnie za darmo. Trzeba tylko wstać odpowiednio wcześnie 😉

Wschód słońca na Koh Phi Phi

Wschód słońca na Koh Phi Phi

Sunrise

Sami na wschodzie słońca

Sunrise

Wschodu ciąg dalszy..

Cenimy sobie spokój na wakacjach (bo na wyspy przypłynęliśmy w celach typowo wakacyjnych), ale jakoś lubimy mieć wybór. Jedna plaża, jedna restauracja – trochę za mało. Po wschodzie słońca miły pan zaproponował nam wycieczkę snoorkelingową za jedyne 4500THB. Niedrogo? Po drugiej stronie wyspy ta sama wycieczka kosztowała nas 350THB (nie, nie pomyliłem się o jedno zero). Mało tego – pół dnia nurkowania z kompletnym wyposażeniem i przewodnikiem kosztuje 2500THB. Niestety do takich resortów przyjeżdżają turyści, którzy płacą takie kwoty. Z drugiej strony jaki trzeba mieć tupet, żeby z uśmiechem na twarzy sprzedać komuś wycieczkę za ponad 10x wyższą kwotę?

Po śniadaniu wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy przez dżunglę na drugą stronę wyspy. Bear Grylls na szkoleniu w SAS biegał z 30kg plecakiem przez 24h, więc ja mogę biegać z podobnym ciężarem przez godzinę. Nie powiem – była to trochę szkoła przetrwania, ale w ostatecznym rozrachunku byliśmy z siebie bardzo dumni 😀

Jungle

Przetrwaj z Bearem Gryllsem w tajskiej dżungli

Dlatego cenie sobie moją narzeczoną. Nie we wszystkim się zgadzamy, ale podejście do życia mamy podobne. Żadne z nas nie brało pod uwagę możliwości wzięcia taxi-łodzi i nie przeszło nam przez myśl, że moglibyśmy zrezygnować z możliwości przejścia przez dżunglę z bagażem w ponad 30 stopniowym upale. Ona z uśmiechem na twarzy pójdzie za mną do każdej dżungli, a ja za nią na 18m pod wodę. Tak właśnie ma być.

Po około 90 minutach dotarliśmy do miasta. Brudni, spoceni i zadowoleni. Znaleźliśmy guest house, w którym połączenie internetowe pozwalało nam połączyć się z pracą, a do tego w pokoju była klimatyzacja (chyba po raz drugi w ciągu całego wyjazdu). To wszystko za 600THB. Tutaj wakacje na Koh Phi Phi nabrały zupełnie nowego znaczenia.

Pierwszy dzień minął raczej leniwie. Szukaliśmy szkoły Muay Thai, ale nic takiego na wyspie nie występuje. Wypiliśmy kilka szejków owocowych, zjedliśmy trochę curry i zorganizowaliśmy sobie wycieczkę z nurkowaniem na nadchodzący poranek. Kurs i certyfikat zrobiliśmy na Koh Tao w tajskiej zatoce. Koh Phi Phi natomiast znajduje się po drugiej stronie lądu, na Morzu Andamańskim. W związku z tym występuje tu więcej wszystkiego. Gatunki ryb i koralowców, które widzieliśmy wcześniej, ale w dużo większej ilości. Do tego kilka nowych atrakcji jak mureny i płaszczki. Pod wodę schodziliśmy dwa razy: na 16m oraz na 17,5m. Każde zejście 45-50min. Naszym przewodnikiem była dziewczyna pochodząca z.. Hawajów. Ma na koncie około 600 zejść pod wodę i jest wyraźnie szczęśliwym człowiekiem. Ciężko nie być J Z tego wyjazdu nie mamy niestety zbyt wielu zdjęć. Byliśmy skupieni na przypominaniu sobie jak utrzymać poziom zanurzenia i wielu innych kwestiach, a otaczające nas widoki jeszcze na powierzchni początkowo przemijały niezauważone.

Cliff

Tak to wygląda w okolicach Koh Phi Phi..

Diving

..i na podbój rafy

Było to nasze piąte i szóste zejście pod wodę. Muszę przyznać, że dopiero na tym etapie czułem się w miarę swobodnie pod wodą. Możliwe jest wykupienie wycieczki bez posiadania certyfikatu. Jest to wtedy odpowiednio droższe, ale nie w tym problem. Gdyby rzucono mnie od razu na dosłownie głęboką wodę, nie sprawiałoby mi to najmniejszej przyjemności. Pierwsze spotkanie ze sprzętem na kursie to kilka godzin zdejmowania masek pod wodą, szukania zgubionego ustnika, przerabianie wszelkich sytuacji awaryjnych na własnej skórze oraz trening równowagi. To daje możliwość oswojenia się z podwodnym światem. Nikomu nie polecam nurkowania na głębokiej wodzie bez szkolenia – można się skutecznie zniechęcić. Podobnie wybrałem się kiedyś na narty. Pierwszy raz w życiu, mając 24 lata założyłem narty i trafiłem na stok o średnim poziomie trudności otrzymując bezcenną radę pt. ‘nie krzyżuj nart’. Tak jak ja się wtedy obiłem.. szkoda słów. Muay Thai nie przyniosło mi tylu kontuzji przez ostatnie kilka lat. Zakładam że z instruktorem i na szlaku dla początkujących moja niechęć do nart nigdy by się nie pojawiła.

Tego samego dnia wieczorem przytrafiła mi się walka Muay Thai w Reagge Bar, ale temu poświęciłem oddzielny post 😉

Następnego dnia był tajski nowy rok – Songkran. Na Koh Phi Phi trwa tylko jeden dzień. W niektórych miastach 2-3 dni, a np. w Chiang Mai cały tydzień. Wyobraźcie sobie polskiego dyngusa, w którym udział biorą starzy, młodzi, kobiety, dzieci, turyści… wszyscy trzymają w ręku wiadro z wodą, albo ogromny wodny pistolet. Nie do opisania. Pierwszym wodnym strumieniem zestrzelił mnie z zaskoczenia zasuszony tajski dziadek – bezcenne. Tego dnia nie można przejść kilku metrów w suchym ubraniu. Z każdej strony leje się woda. Do tego smarowanie twarzy farbami. Idziemy spokojnie ulicą, wszędzie słychać muzykę. Masażystki tanecznym krokiem niosą już wiadra w naszą stronę i równie tanecznie wylewają je nam za koszulki. Nikt nie leje wody w sklepach, ani restauracjach. Nie ma chamstwa, nie ma złośliwości. Wszyscy się cieszą i wspólnie bawią. Zobaczcie sami.

Około 20:00 na ulicach nie było już zbyt wielu osób. Większość odpoczywała po ciężkim dniu J Dopiero około 23:00 lokalne dyskoteki zaczęły zapełniać się ludźmi – zarówno turystami jak i Tajami. Songkran to wielkie święto w całym kraju. Tajowie biorą kilka dni wolnego i przyjeżdżają na wyspy tak samo jak my. Na żadnej wyspie oczywiście nie brakuje imprez, ale te które widzieliśmy na Koh Phi Phi zdecydowanie były najgrubsze. Wszędzie ogień. Skakanka z ognia, płonący okrąg, ogniska, teatr ognia… Można np. przejść nago pod płonącą poprzeczką i otrzymać darmowe wiaderko alkoholu. Jeśli chodzi o muzykę to pojawiają się różne znane utwory, ale po chwili nakładany na nie jest tak tłusty bit, że ciężko to opisać słowami J Imprezy na plaży to prawdziwe szaleństwo. Madness. Szkoda że nie ma z nami znajomych, którzy na pewno podzieliliby nasze zdanie. Na pewno nie chcecie do nas przylecieć?

Około 2:00 nad ranem położyliśmy się spać. Budzik zadzwonił wcześnie. O 9:00 zaczynaliśmy naszą wycieczkę snoorkelingową. W rzeczywistości niewiele w niej snoorkowania. Polegała raczej na zwiedzaniu okolicznych wysepek, zatok i lagun, które są naprawdę piękne. Na łodzi znajdowało się 4 turystów w Polski, 1 z Anglii oraz 4 z Tajlandii. Do tego nasz żeglarz zabrał do pracy dwóch synów.

Pasażerowie

Pasażerowie

Było bardzo sympatycznie. Płynęliśmy do pięciu różnych miejsc, w których mieliśmy 20-30 min na pływanie w okolicy łodzi. Lazurowa woda, pionowe klify, ławice ryb. Jedynym problemem była ilość łodzi w okolicy. Pływanie z zanurzoną głową było zwyczajnie niebezpiecznie, ponieważ można było wpaść pod inną łódź. Na szczęście widoki nad powierzchnią były wystarczające.

Laguna

Błękitna laguna

Jednym z istotnych punktów wycieczki była zatoka Maya Bay, w której nakręcono film ‚The Beach’ (‚Niebiańska plaża’) z DiCaprio w roli głównej. Ściągają tu tłumy turystów. Ciężko się dziwić. Zatoka wygląda następująco..

Maya Bay z filmu The Beach

Maya Bay z filmu The Beach

Maya Bay

Maya Bay – z filmu The Beach

Maya Bay

Maya Bay

Wracając mieliśmy okazję zobaczyć jaskinię, z której ‚wydobywa się’ gniazda ptaków salangane. Z gniazd następnie robi się ekstremalnie drogą zupę. Podobno jeśli ktoś za bardzo zbliży się do jaskini, może zgodnie z prawem zostać zastrzelony. Ptasie gniazda w tej części Azji to nie żarty.

Salanganes nest

Fabryka ptasich gniazd na zupę…

Był to nasz ostatni dzień na Koh Phi Phi. Zjedliśmy absurdalnie drogi obiad, wypiliśmy imitację tajskiej kawy, po której zmorzył nas sen, a pod wieczór ostatni raz wyszliśmy na plażę. By odpływ. Tutaj był bardzo wyraźny. Łodzie stały zakopane w piasku, a między nimi biegały dziesiątki naszych ulubionych krabów.

Odpływ

Odpływ

Krab jak pomidor

Krab jak pomidor

Wracając do hostelu spotkaliśmy jeszcze typowego kota plażowego. W kolorze plaży oczywiście.

Kot plażowy

Kot plażowy

Koh Phi Phi to świetne miejsce na weekendowy wyjazd z przyjaciółmi. Dodatkowo na wyspie jest przynajmniej kilkanaście salonów tatuażu, gdzie można w rozsądnej cenie zrobić sobie bamboo tattoo, w tym typowe dla tego rejonu Azji wzory Sak Yant. Polecam również spróbować tu nurkowania – ceny wyższe niż na Koh Tao, ale odpowiednio więcej do zobaczenia.

Jeśli szukacie miejsca z prywatną plażą, odgrodzoną dżunglą od motłochu i nie liczycie się z wydatkami, to również jest to dobre miejsce na wypoczynek 🙂

Tymczasem my trafiamy w coraz droższe i coraz bardziej turystyczne miejsca. Gdy już wydaje nam się że cena ryżu nie może być wyższa, zmieniamy miejsce i mnożymy po raz kolejny dwu lub trzykrotnie. Pozdrowienia z Phuket – gdzie diabeł mówi ‚tuk-tuk sir?’

P

Koh Tao – czyli jak powiedzieć życiowe ‚Tak’ pod wodą :)

Po ponad miesiącu intensywnego zwiedzania przyszedł czas na chwilę wytchnienia. Zamiast ciągłego siedzenia w autobusach, pokonywania ogromnych odległości, pakowania co drugi dzień zamarzyły nam się rajskie plaże, lazurowe zatoki oraz rafy koralowe. Wszystko to znaleźliśmy na Koh Tao. Nadszedł czas na spełnianie marzeń.

Koh Tao to maleńka wyspa na Gulf of Thailand i jedno z najciekawszych miejsc w Tajlandii do nurkowania. Tak, to właśnie o to marzenie się rozchodzi. Parę lat wcześniej miałam szczęście zobaczyć rafy na Morzu Czerwonym i zdecydowanie było to najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam na całym świecie. Miałam wtedy jedynie maskę i rurkę, a zobaczyłam tyle, że zdążyłam zakochać się na zabój. Po tamtym wyjeździe pozostał jednak ogromny niedosyt. Jak dobrze byłoby przecież móc zejść niżej, zobaczyć cały ten magiczny świat z bliska! Od tamtej pory po głowie chodził kurs nurkowania. Można go oczywiście zrobić w Polsce, ale rafy w Polsce nie uświadczysz. Zimno z resztą, to się nie chce pchać na dno, a na dnie – ciemno. Marzenie więc leżało, aż zdążyło się całkiem nieźle zakurzyć… Wreszcie padł pomysł Tajlandii i okazało się, że to jest wprost idealne miejsce na kurs nurkowania. Przejrzystość wody sięgająca 30 metrów, temperatura – jak w wannie i przede wszystkim – niesamowita różnorodność morskich stworzeń. Hey ho, let’s go!

W Bangkoku wykupiliśmy nocny pociąg razem z autobusem i promem, za dość sporą sumę 124 zł za osobę. Załapaliśmy się na ostatnie miejsca, i to tylko dlatego, że ktoś odwołał swoją rezerwację. Tak – na Koh Tao jeździ ogromna ilość turystów. Pociąg okazał się najbardziej niewygodny na świecie. Do tego, po dotarciu do Chumphon dowiedzieliśmy się, że busy do portu są tak zorganizowane, że nie da się zdążyć na poranny prom i trzeba czekać pięć godzin na kolejny (właściwie to się da, ale innym transferem, do tego tańszym nie polecam więc zakupu skombinowanego połączenia…). Te pięć godzin przydało nam się jednak na oswojenie z cenami. Po dwóch miesiącach podróży dotarliśmy w najdroższe miejsca. Spożyliśmy więc w porcie posiłek za dwukrotną stawkę jego wartości w północnej Tajlandii oraz nasłuchaliśmy się, jaki to kto ma nocleg – średnio trzy razy droższy niż na północy Tajlandii. Liczyliśmy się z tym, ale wciąż jest to mało przyjemne. Oto zniesmaczony Paweł (z wąsem..) przy śniadaniu:

Zniesmaczony Paweł

Zniesmaczony Paweł

Punktualnie o 13:00 przypłynął po nas luksusowy katamaran, z którego wysiadły setki osób i tyle samo z resztą zaraz wsiadło. Półtora godziny później postawiliśmy stopy na rajskiej wyspie, gdzie zostaliśmy zaatakowani przez ‘Taxi, taxi’ – standardowo. Na przeciwko portu przywitał nas 7 eleven, a dookoła właściwie wyłącznie kręcili się białoskórzy plażowicze. Czas znaleźć nocleg. W pierwszym napotkanym miejscu zawołano od nas 60 zł, więc do przeżycia. W każdym kolejnym miejscu było już tylko gorzej. 100, 150, 200 zł… Aż spotkaliśmy recepcjonistkę (z Australii bodajże), która bardzo chciała nam pomóc. Zadzwoniła dla nas do klubu nurkowego – Roctopusa, którego upatrzyliśmy sobie wcześniej w internecie. Pięć minut później podjechał pickup, z którego wysiadł przesympatyczny facet – typ luźnego surfera. Z wielkim uśmiechem wytłumaczył nam zasady i warunki kursu, podwiózł do wioski Sairee, gdzie ma siedzibę i wskazał miejsca, gdzie możemy poszukać taniego noclegu. Po chwili poszukiwania trafiliśmy wreszcie do AJP, w połowie drogi między Roctopusem a plażą – 40 zł, śliczny pokój ze wszystkim, okazuje się, że można.

Dość tych organizacyjnych spraw. Czas chwycić za maskę i ruszyć na snorkeling! Najbliżej mieliśmy do zatoki Hin Wong. Drogi do wszystkich zatok są tu niesamowicie strome, jednak odległości nie najmniejsze – polecam więc wziąć skuter, najlepiej mieć już doświadczenie w jeżdżeniu. Dodatkowo podobno bardzo łatwo zostać oszukanym w wypożyczalni, więc najlepiej zwrócić się o pomoc – do Waszego instruktora nurkowania, właściciela hostelu – kogokolwiek miejscowego, którego już poznaliście.
Plaża okazała się maleńka, do tego prywatna, więc należało kupić jakiś napój w barze, żeby móc z niej skorzystać. Jednak gdy włożyliśmy głowy do wody zostaliśmy wręcz zaatakowani przez ryby (trochę też dosłownie, bo niektóre, choć małe, są mocno terytorialne!), głównie zielone thallasomy z kolorowymi głowami i wiele innych, do tego niesamowite, ogromne formacje koralowców.
32-rybsy
Tak – zdecydowanie dobre miejsce na kurs! Jednak im bliżej kursu – tym więcej obaw i strachu. Człowiek jest przecież uwięziony w dość nieprzyjaznym mu środowisku. Nie można się tak o po prostu wynurzyć, więc co jeśli spanikuję (a to nie jest dla mnie specjalnie wielki problem), popsuje mi się sprzęt lub spadnie maska? Obyśmy zostali do tego przygotowani na kursie.
Nie skupiajmy się jednak na tym

Już drugiego dnia, po wcześniejszym umówieniu, stawiliśmy się o 16:00 na pierwszej lekcji. W sumie było nas 6 osób, jednak jak nam wcześniej obiecano – grupy są maksymalnie czteroosobowe, więc zostaliśmy podzieleni na dwie – oczywiście im mniej osób w grupie, tym lepiej. Razem z nami miał się uczyć jeszcze brytyjski Wietnamczyk – Chilleh. Po chwili powitał nas Tyron, typ zioma – surfera (roztargane dłuższe włosy, okulary przeciwsłoneczne do tego wielki, idealny uśmiech i dużo gestykulacji). Tu muszę wspomnieć, że cała szkółka była bardzo ziomalska. Każdy miał tam dużą czapkę, ciemne okulary i mnóstwo tatuaży – każdy po prostu był cool. Do tego ulubione teksty Tyrona to ‘wicked’, ‘siiiiiick’,  ‘bro’ oraz ‘maaaaan’. Po trzech słowach wstępu zaprowadził nas do małej salki, w której dostaliśmy podręczniki i posłuchaliśmy paru filmów. Dowiedzieliśmy jak duże jest ciśnienie na odpowiednich głębokościach, jak długo trzeba się wynurzać, żeby było to bezpieczne oraz przede wszystkim, na ile sposobów można zrobić sobie krzywdę pod wodą (po każdym sposobie dodawano, że wystarczy spokojnie oddychać, nie wstrzymywać oddechu i jeszcze raz – nie wstrzymywać oddechu). Różnice w gęstości powietrza zobrazowano nam balonikiem, który elegancko pęka przy wynurzaniu (uroczy zamiennik naszych płuc). Dostaliśmy zadanie domowe (trzy rozdziały z danej nam książki) i poszliśmy do domu w milczeniu. Zapytałam Pawła, czy kurs działa na niego równie uspokajająco jak i na mnie – i tak, też się zestresował po pierwszym spotkaniu. Świetnie, nie taki był plan.

Następnego dnia spotykaliśmy się na kursie już o 9:00. Poznaliśmy naszą sympatyczną instruktorkę – młodą Szwedkę, Annę (też bardzo cool).

Grupa w komplecie

Grupa w komplecie

Omówiliśmy razem z nią zadanie domowe, czyli jeszcze raz wszystkie zagrożenia w wodzie. Tym razem dowiedzieliśmy się też jak rzadko się zdarzają, że zwykle w dość prosty sposób można sobie ze wszystkim poradzić oraz że kabina dekompresyjna jest na wyspie obok (Koh Samui) – kiedyś była na Koh Tao, ale nikomu nigdy się nie przydała, więc zabrakło pieniędzy na jej utrzymanie. Po tej lekcji poczułam się zdecydowanie spokojniejsza (aczkolwiek Paweł chyba wciąż nie do końca…). Następnie znów obejrzeliśmy parę filmów i dostaliśmy zadanie domowe (tym razem już tylko o sprzęcie, komunikacji pod wodą i podmorskim świecie). Na końcu porannej sesji dobraliśmy rozmiar płetw i pianki, po czym spakowaliśmy wszystko do przydzielonych nam toreb. Przyszedł czas na godzinną przerwę na lunch, a potem – pierwsza lekcja nurkowania! Nie w basenie, a na płyciźnie (bo w morzu warunki są zupełnie inne niż w basenie, lepiej więc ćwiczyć od razu w docelowym środowisku). Wrzuciliśmy torby ze sprzętem na pickupa, po czym sami na niego wskoczyliśmy i ruszyliśmy w stronę portu (po drodze nasz cool kierowca spotykał innych cool ludzi, z którymi cały czas przybijał sobie piątki :P). W porcie czekała już na nas łódź, a tajska załoga ładowała na nią napełnione tlenem butle. Gdy już wszystko było gotowe, jedna z nurków przedstawiła się jako boat master, wytłumaczyła gdzie możemy chodzić, gdzie jest część mokra a gdzie sucha na statku i na końcu krzyknęła – ‘Everybody! Let’s get excited!’. Właściwie muszę przyznać, że mój strach odpuścił i faktycznie pojawiło się podekscytowanie.

Pod czujnym okiem Anny sprawdziliśmy swoje butle i kamizelki do utrzymania równowagi pod wodą. Z trudem wciągnęliśmy obcisłe pianki, przygotowaliśmy pasy obciążające (dodatkowe 3,5 kg, co by pokonać wyporność), potem połączyliśmy cały sprzęt ze sobą – ile do roboty przed takim wejściem do wody!

Sprawdzanie butli

Sprawdzanie butli

Seksowne pianki

Seksowne pianki

Jak już byliśmy gotowi, należało zrobić tzw. ‘buddy check’, czyli sprawdzić wszystko od początku u swojego partnera. Bo w nurkowaniu zawsze należy mieć partnera (swojego buddy) i odpowiedzialni nurkowie nigdy nie schodzą pod wodę sami. Paweł został więc moim buddy i według hasła ‘Beer Wine Rum And Fun’ sprawdziliśmy po kolei B jak BC, W jak weight belt, R jak releases przy kamizelce (oraz te przy butli), A jak air i F jak final check (mask and fins). Final check to również sprawdzenie, czy nasz partner wygląda na gotowego – mentalnie i fizycznie, co jest jednym z ważniejszych punktów. Dodam, że to wszystko robi się na stojąco, z całym naprawdę ciężkim sprzętem na plecach. Niezłe ćwiczenie!

Buddy check

Buddy check

Teraz już tylko należy założyć płetwy, maskę i oddychacz (second-stage) do buzi i wykonać duży krok za burtę, patrząc przed siebie i jednocześnie przytrzymując cały sprzęt. Łatwo powiedzieć… Nasze psychiczne samopoczucie było niby w porządku, ale stresu też nie brakowało. No nic, trzeba się przemóc. Skok do wody okazał się nie taki straszny i przyniósł dużą ulgę – wreszcie przestaliśmy czuć ciężar całego sprzętu na sobie. Do docelowego miejsca ćwiczeń dopłynęliśmy  z głowami pod wodą, żeby od razu oswajać się z oddychaniem. Zdecydowanie potrzeba na to chwili.. Człowiek jest wtedy naprawdę bardzo świadomy każdego oddechu, na początku właściwie tylko na tym byłam w stanie się skupić. Ćwiczenia zaczęły się rzecz jasna od zejścia pod wodę i klęknięcia na dnie – na około 2 metrach głębokości (ok, jestem w stanie to zrobić). Anna zapytała nas, czy wszystko ok i chyba faktycznie tak było. Pierwsze ćwiczenia – wyjmowanie oddychacza z buzi, kolejne – wyjmowanie i odrzucanie go do tyłu, by umieć go znaleźć pod wodą w każdej pozycji. Wszystkim nam poszło to rewelacyjnie. Czas na maskę – nalać trochę wody, a potem nosem ja wypompować, dalej – nalać więcej wody, tak by zakryć oczy i znów wypompować. Na deser zaś zalać całą maskę wodą… i tu spanikowałam. Nie potrafię się przemóc, by otworzyć oczy pod wodą (na szczęście okazało się, że nie jest to konieczne, by nurkować). Mogłoby się jednak przydać przy takich ćwiczeniach… Wypłynęłam na powierzchnię. Anna podpłynęła do mnie, zapytała czy wszystko ok i powiedziała, że wykonałam całe ćwiczenie poprawnie, wypompowałam całą wodę z maski, tylko na końcu niepotrzebnie wypłynęłam. Ok, spokój. Jeszcze raz. Znów nie dałam rady i kolejny raz wyprysnęłam na powierzchnię. Co jest z Tobą kobieto?! Powiedziałam Annie, że potrzebuję chwili, mówiła, że mam zejść pod wodę jak będę gotowa. Uspokoiłam się przez dwie minuty, nawrzeszczałam na siebie wewnętrznie, że co to za zachowanie młoda damo i wróciłam pod wodę. Tym razem zrobiłam to powoli, skupiając się, by nie odetchnąć nosem i… udało mi się! Ufff! Kolejne ćwiczenie polegało na zupełnym zdjęciu maski, policzeniu do pięciu, założeniu i odpompowaniu z niej wody. Udało się. Reszta ćwiczeń w porównaniu do tego, to była już bułka z masłem. Zdejmowanie pasa obciążającego na dnie, zdejmowanie kamizelki z butlą, metody ewakuacyjnego wynurzania, dzielenia się tlenem ze swoim buddy i utrzymywanie równowagi w wodzie (to ostatnie było zupełnie niewykonalne lataliśmy od dna do powierzchni jak jo-jo zamiast zostać na jednym poziomie…). Dwie godziny ćwiczeń pozwoliły oswoić się ze sprzętem, mniej więcej przyzwyczaić do oddychania i złapać trochę pewności pod wodą – zrozumieć, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście (po tej lekcji niby zrozumieliśmy, ale mimo wszystko podświadomy lekki strach pozostał). Po tym czasie zdążyliśmy już – mimo pianek – nieźle zmarznąć (woda absorbuje ciepło z naszych ciał 25 razy szybciej, niż powietrze). Do tego byliśmy wyczerpani – w środowisku słonowodnym nasze ciało stara się utrzymać równowagę stężeń między sobą a wodą na zewnątrz, więc bardzo szybko się odwadnia. Do tego doszły emocje i stres – ledwo byłam w stanie wyjść z butlą na statek. Na statku na szczęście czekała na nas świeża woda i dużo dobrych ciastek, co by odzyskać siły. Po powrocie jeszcze tylko trzeba było wypłukać sprzęt w słodkiej wodzie i – dzień pierwszy zaliczony!

Doszliśmy do hostelu, czując jakby był już środek nocy, bo tak nam się chciało spać, choć nie było jeszcze nawet 17:00. Po drodze kupiliśmy wielkiego ananasa, kokosa i wodę mineralną, co by się zdrowo nawodnić. Byłam na siebie zła, nie myślałam, że spanikuję na kursie do tego stopnia, żeby wypłynąć na powierzchnię. Co więcej te same ćwiczenia mieliśmy wykonać następnego dnia, tylko że na 12 metrach głębokości. A co jak wtedy spanikuję? Nie miałam siły o tym myśleć. Idźmy na rybę.
Zanim się wygrzebaliśmy, zaczynało zmierzchać.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zachód słońca no Koh Tao

Zachód słońca na Koh Tao

Tym samym życie na wyspie było intensywniejsze i głośniejsze. Doszliśmy na plażę, gdzie rząd restauracji już uszykował stertę atrakcji dla turystów. Wszędzie leżały wielkie poduchy do siedzenia, paliły się świece, dookoła grała muzyka i a wszystko otaczał zapach grillowanej ryby (doskonałej, jak się później okazało). Najpiękniejsze były zaś pokazy kręcenia ogniami – w co drugiej restauracji Tajowie właśnie tak zabawiali gości, niesamowite przedstawienia!

Ogniste show

Ogniste show

W oczekiwaniu na rybę

W oczekiwaniu na rybę

Koh Tao to głównie wyspa młodych turystów, Tajowie zajmują się tu wyłącznie prowadzeniem biznesów – restauracji i hosteli, więc nie widać ich prawie w ogóle na ulicach. Większość turystów chyba też przyjeżdża tu na nurkowanie. Na tej maleńkiej wyspie jest aż 50 szkół nurkowych. Stosunkowo popularny był też freediving, ale to może następnym razem 😉 Po nurkowaniu zaś, każdy wychodzi na jedzenie i na imprezę. Myśmy jednak polegli – najedzeni i pełni obaw przed kolejnym dniem poszliśmy grzecznie spać.

Następny dzień zaczął się tak samo – sprawdzenie zadań domowych i kolejna lekcja,tym razem dotycząca obliczania poziomu azotu w organizmie, żeby wiedzieć na ile czasu można zejść pod wodę przy drugim nurkowaniu. W sumie ciekawe rzeczy. Po tym wszystkim zaskoczono nas egzaminem, przy czym razem z Pawłem dostaliśmy maksymalną ilość punktów – teoretycznie więc byliśmy przygotowani. Teoretycznie…

Po godzinnej przerwie na lunch znów załadowaliśmy torby ze sprzętem na pickupa i ruszyliśmy wraz z drugą grupą do portu. Dziś czekały nas dwa zejścia, oba na 12 metrów. Tajowie załadowali nasz sprzęt, my usadowiliśmy się na łodzi a boat master znów głośnym krzykiem i uśmiechem zachęcał do bycia ‘excited’! I tak jak rano byłam nerwowa, tak płynąc już na morzu, byłam znów chyba bardziej podekscytowana, niż zestresowana. Atmosfera wśród nurków jest niesamowita – każdy jest uśmiechnięty, każdy chodzi dookoła, podśpiewuje i zaczepia innych. Masa pozytywnych ludzi w jednym miejscu – naprawdę, mimo stresu, ich radość zaraża 🙂

Ziomale na statku

Ziomale na statku

Dodatkowo Anna obiecała mi, że wszystkie ćwiczenia wykonamy przy drugim zejściu – przy pierwszy zaś będziemy ćwiczyć wyrównywanie ciśnienia w uszach (co okazało się wprost banalne) oraz równowagę pod wodą (poszło ciut lepiej, ale znów raczej jak jo-jo). Zeszliśmy pod wodę, najpierw na 6 metrów, co okazało się dość płytko, schodziliśmy naprawdę chwilkę i nikt nie miał problemów z ciśnieniem. Nad nami wciąż wyraźnie widać było powierzchnię. Anna jedna kazała nam uklęknąć i.. zaczęliśmy wykonywać wczorajsze ćwiczenia! Okłamała mnie! Nie wierzyłam, zestresowałam się, ale byłam już na tych 6 metrach, więc cóż mogłam poradzić. Tym razem, ku mojej ogromnej uldze, poszło jednak wzorowo 😀 Tu muszę zaznaczyć, że Pawłowi np. cały czas szło fantastycznie. Po wszystkich ćwiczeniach wreszcie był czas, by coś pooglądać. Nawet się nie zorientowaliśmy kiedy, ale zanurzyliśmy się faktycznie na 12 metrów. Czuć było, że idziemy głębiej, ale w życiu bym nie powiedziała, że było to aż tak głęboko. Do tego zobaczyliśmy naprawdę piękne koralowce, szkółkę barrakud i rybę rozdymkę (fuguuuu!). Poczułam ogromną satysfakcję po tej lekcji (i lekką dumę, że się przemogłam i że już nie panikuję :P). Wypłynęliśmy zadowoleni – czekała nas godzinna przerwa, co by trochę zmniejszyć poziom azotu w organizmie, nawodnić się i wygrzać na słońcu. Po tym wszystkim raz jeszcze wielki krok za burtę i znów byliśmy w wodzie. Zostało nam do powtórzenia jeszcze kilka ćwiczeń, ale już tych prostszych (‘Buddy, buddy, nie mam tlenu, podzielmy się!’). Mój buddy, znaczy się oczywiście Paweł, był doskonały i razem szybko przeszliśmy przez ćwiczenia. Po tym znów mieliśmy chwilkę na cieszenie się podwodnym światem, było pięknie.
18-barracuda

Barrakudy!

Barrakudy!

Dzień drugi rozwiał moje obawy. Anna potem powiedziała mi, że musiała skłamać, bo widziała, że za bardzo panikuję i niepotrzebnie się nakręcam. Paweł też opowiedział mi, że podczas ćwiczeń, trzymała mnie za pas, by mogła nade mną zapanować w razie czego. Muszę przyznać, że jest fantastyczną instruktorką, dużo mnie nauczyła i pomogła mi się przemóc. Thank you Anna! 🙂
Drugi dzień zakończyliśmy więc z poczuciem ogromnej satysfakcji. Gdy wróciliśmy do szkółki, omówiliśmy dzisiejsze nurkowanie i dostaliśmy nasze osobiste książeczki do logowania swoich nurkowań! Zapisaliśmy też wszystkie ryby, jakie udało nam się dziś wypatrzyć. Niektóre z resztą, są bardzo kontaktowe, jedna z czyścicieli (cleaner fish) np. uparcie podgryzała Pawciowe ucho podczas ćwiczeń 🙂 Fantastyczny świat. Nie mogłam doczekać się kolejnego dnia!
Wieczorem znów byliśmy wyczerpani, nie było już mowy o żadnym dodatkowym snorkowaniu, Paweł też porzucił swoje treningi boksu tajskiego na czas kursu (czyli w zasadzie na trzy dni). W zasadzie po nurkowaniu ćwiczenia fizyczne są w ogóle niewskazane, bo pęcherzyki azotu mogą wejść głębiej w tkanki, skąd mogą mieć problem by się uwolnić, co jest już niebezpieczne. Tego dnia nie mieliśmy też już zadań domowych, pozostał tylko leniwy wypoczynek i zbieranie energii na kolejny emocjonujący dzień (‘Let’s get excited’!).

Leniwy wypoczynek

Leniwy wypoczynek

Ostatniego dnia kursu nie było już żadnej teorii, spotkaliśmy się wcześnie rano, o 7:00 i ruszyliśmy na dalszą rafę – godzinę drogi od Koh Tao. Wszyscy się cieszyli, że jedziemy w odleglejsze miejsce, gdzie można więcej zobaczyć (instruktorzy całą drogę wygłupiali się i śpiewali ‘Wicked, wicked’). Zanim jednak złożyliśmy sprzęt, omówiliśmy miejsce wraz z rybami, które możemy zobaczyć i nim zupełnie się ubraliśmy – już byliśmy na miejscu. Czas osiągnąć 18 metrów! 🙂 Samo zejście okazało się prościzną – różnica między 12 a 18 metrami nie jest już tak duża.

Superman

Superman

Lionfish

Lionfish

Udało nam się wpłynąć w środek ogromnej szkółki barakud i znów zobaczyć parę ciekawych okazów jak np. wielkiego groupera. I was so exciteeeed! Dokładnie tak jak to instruktorzy przykazali 😉 30 minut minęło w mgnieniu oka. Okazało się jednak, że to nie koniec wrażeń. Podczas przerwy – przed i w trakcie ostatniego zejścia miały być zdjęcia i instruktorzy oczekiwali od nas wygłupów (a tym samym ode mnie – kolejnej tony odwagi…). Skoczyliśmy więc z dachu łodzi do wody (~3 m) – do ostatniej chwili byłam przekonana, że tego nie zrobię, aż wreszcie skoczyłam z jedną dziewczyną z grupy – ależ to przeczyściło mi zatoki! I w zasadzie ogólnie jestem chyba za stara na takie rzeczy, bo właściwie chętnie bym już tego w życiu nie powtarzała 😛
37-jump1

Wygłupy

Wygłupy

Kolejnym doskonałym pomysłem było wejście z butlą do wody na Jamesa Bonda, czyli robiąc salto… Wolne żarty – wszyscy prócz Pawła zaliczyliśmy kiepskie lądowanie na plecach, ten  jako jedyny wskoczył poprawnie!

Na Jamesa Bonda...

Na Jamesa Bonda…

Następnie, już na dnie – na około 10 metrach głębokości, mieliśmy zdjąć maskę (moja ulubiona czynność) i założyć okulary przeciwsłoneczne…
22-anna

Ziomy pod wodą, czyli jeszcze więcej wygłupów

Ziomy pod wodą, czyli jeszcze więcej wygłupów

Ile mnie to wszystko nerwów kosztowało! Udało mi się na szczęście to przeżyć – teraz tylko spokój i radość z nurkowania. A nie, jeszcze finalne zdjęcie – grupniak. Ustawiliśmy się w półokręgu, Paweł został jedyny na środku, to go ciągnę, by się ustawił jak człowiek. Ten uparty mnie zaczyna ciągnąc na środek – pewnie zdjęcia w parskach. Gdy usiedliśmy we dwoje na środku, Paweł namalował w wodzie serducho, pomyślałam sobie, że to fantastycznie, że jest taki romantyczny w wodzie i że fajnie jakby dało się to na zdjęciu uchwycić. A ten raptem wyciągnął tabliczkę z napisem ‘Will you marry me’! Że co?! Oszalałam – patrzę po ludziach, o co tu w ogóle chodzi, a wszyscy czekają w skupieniu. Rany, chyba czas się zgodzić! Pokazałam wielkie ok, a wszyscy dookoła puścili dla nas bąble z butli. Wyglądało to niesamowicie pięknie! Paweł chwycił mnie, oszołomioną, za rękę i nałożył pierścionek – przepiękną czarną perłę, którą kupił w Halong Bay, w Wietnamie, miejscu oznaczonym jako cud natury… Nie umiałabym sobie wyobrazić piękniejszych oświadczyn. Na to zostaliśmy jeszcze mocno wyściskani przez całą grupę – i to wszystko na 10 metrach pod wodą! 😀 Niesamowite przeżycie! Taki mi się szalony romantyk trafił 😉
23-pierscien

Zaręczyny! Pod wodą! ;D

Zaręczyny! Pod wodą! ;D

W przeciągu jednego zejścia do wody, zaledwie 40 minutowego, zostałam certyfikowanym nurkiem i narzeczoną jednocześnie 🙂 Tego dnia świętowaliśmy z całą szkółką.

Open Water Divers!

Open Water Divers!

Pierścień mocy

Pierścień mocy

Biba :)

Biba 🙂

Paweł miał już wykupione treningi, więc chcieliśmy jeszcze chwilę zostać na Ko Tao. Ponadto ta wyspa dostarczyła nam tyle wrażeń, że szczerze ją pokochaliśmy. Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda snorkeling w innych zatokach. Najpierw pojechaliśmy na Mango Bay, przepiękną zatokę, na którą prowadzą naprawdę strome podjazdy. Tam zobaczyliśmy polujące młode barrakudy i wielką triggerfish – przepiękna zatoka z fantastyczną rafą, szczerze polecam! W drodze powrotnej wjechaliśmy jeszcze na punkt widokowy Mango, oto widok z niego na Koh Tao (a dla wszystkich zainteresowanych – nie ma nic za darmo, wejście na punkt – twenty bath!):

Koh Tao z Mango View Point

Koh Tao z Mango View Point

Wyobraźcie sobie jednak, że mimo tak wielu przeżyć na Koh Tao, ta wyspa szykowała dla nas jeszcze jedną niespodziankę…
Następnego dnia sprawdziliśmy snorkeling na Tanate Bay, bardzo piękne miejsce z możliwością skoku z klifu (~10 metrów) . Rafa również piękna jednak nie bardziej niż na Mango Bay.

Tanate Beach

Tanate Beach

28-snoorkeling 31-girska

Ostatnim naszym punktem była zaś Aow Leuk Bay, rafa porównywalna z poprzednimi. Tutaj dodatkowo jest duża i przepiękna plaża z miejscem bez koralowców do kąpania. Zatoka ta zostanie w naszej pamięci jednak z innego powodu… Kończąc snorkowanie, wychodziliśmy z wody, gdy na głębokości metra postanowiłam ostatni raz rzucić okiem pod wodę. Rany Julek! Rekin! Paweł, Paweł rekin! Paweł popatrzył na mnie z powątpiewaniem, ja sama z resztą też nie wierzyłam w to co mówię. Jeszcze raz głowa do wody – trzy młode żarłacze czarnopłetwe penetrowały zatokę. Do tego w ogóle nie zważały na ludzi i w najlepsze pływały między nimi. Można było płynąć razem z nimi i do woli je podziwiać, niezwykłe majestatyczne stworzenia…
35-shark

Żarłacz czarnopłetwy a Aow Leuk Bay, Koh Tao

Żarłacz czarnopłetwy a Aow Leuk Bay, Koh Tao

Ciężko było je zostawić i wyjść.. Byliśmy jednak głodni, więc weszliśmy do malowniczej restauracji nad plażą z niesamowitym widokiem na zatokę.

Aow Leuk Bay

Aow Leuk Bay

Nawet stamtąd, w krystalicznej wodzie, widzieliśmy cały czas stadko rekinów. Co więcej, wyglądało, jakby ich było coraz więcej. Nie wytrzymaliśmy, zjedliśmy czym prędzej i wróciliśmy do wody. Stado liczyło 9 osobników!

Z trudem przyszło nam się pożegnać z Koh Tao – to miejsce dostarczyło nam tylu pozytywnych wrażeń i emocji, że na pewno zapamiętamy je na zawsze. Jakbyście mieli kiedykolwiek chęć zabić nudę, szczerze polecam to miejsce, a dla parek – szczególnie morskie zaręczyny 😉 (Siiiiiick ;))

Koh Tao - Sairee Beach

Koh Tao – Sairee Beach

Walka Muay Thai na Koh Phi Phi – czyli jak się bawią turyści

Na początku kwietnia wróciliśmy do Tajlandii. Od dawna wyczekiwane przez nas wyspy na południu miały wiązać się z leżeniem w hamaku, morzem, rafą koralową, nurkowaniem i oczywiście z treningami Muay Thai. Z boksem jest tu jednak ciężko. Na Koh Tao była możliwość trenowania, jednak osobiście wolę treningi w poznańskim klubie – gdzie w przeciwieństwie do Koh Tao można spotkać doświadczonych zawodników. Jeśli chodzi o wyspę Phi Phi, trenować nie ma gdzie. Przez 2 dni wypytywaliśmy tubylców o szkoły Muay Thai – nic z tego. Wszyscy jednak wskazywali Reagge Bar, w którym znajduje się ring i walki odbywają się każdego dnia. Do dziś nie dowiedziałem się skąd sprowadzani są tajscy zawodnicy, skoro na wyspie nie ma żadnej szkoły. Okazało się jednak, że biały człowiek, mimo iż nie może tu trenować, to każdego wieczoru może stanąć na ringu. No to.. czemu by nie?

Dziś około 21:00 wziąłem w kieszeń ochraniacz na zęby i wraz z Anną wybrałem się do Reagge Baru. Ring gotowy, kaski dla turystów przygotowane, potrzeba tylko zawodników. Już na wstępie zaczepił nas Taj z ofertą darmowego wiaderka alkoholu w zamian za występ. Zgodziłem się, a organizatorzy zaczęli szukać dla mnie przeciwnika. Chętnego nie było przez dłuższy czas. Szukali przez dobre półtorej godziny, aż w końcu z ostatniego rzędu stolików zgłosił się Australijczyk. Dlaczego nie Taj? Z Tajów zostały tylko dzieci i walczą między sobą. Walki turystyczne jak się okazało są dość nietypowe. Nie ma kategorii wagowych, ani wiekowych. O doświadczenie też nikt nie pyta. W związku z tym trafiłem na umięśnionego typa cięższego o równe 20 kg. Ubrano nas w stare kaski, rękawice i w skarpety, które kiedyś były wypełnione gąbką. Czas walki dostosowany do turystów – 3 rundy po 1 min każda.

Walka z cięższym zawodnikiem, który bije na oślep okazała się trudniejsza niż myślałem. Jeden trafiony cios mógł zakończyć walkę. Poniżej fragment walki nagrany przez zawsze wspierającą mnie Annę 🙂

Tak bawią się turyści na Phi Phi. Zyskałem kilku kibiców, w tym Rosjan, którzy robili sobie ze mną zdjęcia przez kolejne 15 minut po walce (‚Davaj Pavel!!!’), a high-five przybiło nawet kilku Tajów 🙂 Zostało nam już niewiele czasu, a poszukiwania dobrych treningów na wyspach nie należą do łatwych.

pozdrawiam,
P

 

 

 

Mui Ne – krótka historia o wydmach i poskromionym strusiu

W Ninh Binh poznaliśmy Martę i Jacka – wesołych polskich turystów, przemierzających Wietnam w przeciwną stronę niż my. Opowiedzieli nam między innymi o miejscu z niezwykłymi wydmami, wielkimi plażami i – co przesądziło o sprawie – możliwością przejechania się na strusiu… Tak trafiliśmy do Mui Ne.

Z Hoi An zamówiony autobus odebrał nas o 17:30 bezpośrednio spod hotelu. Za ponad 16 godzin podróży zapłaciliśmy po 60 złotych od głowy, za zbyt krótkie i wąskie łóżka oraz brak toalety (w podobnej cenie można trafić na lepszy bus, jednak wciąż jest to stosunkowo tanio). Jeśli komuś zależy na czasie, lepiej wybrać samolot, których lata tu wiele, jednak ceny są około dwukrotnie wyższe od ceny autobusu. Wszystko zależy, na czym komu zależy 😉

Dzień później, około godziny 13:00 autobus wypluł nas, dość dobrze wymiętych, w centrum Mui Ne. Przeszliśmy bez słowa między oferowanymi nam hostelami i motocyklami (w Wietnamie zamiast „Hello, sir! Tuk tuk!” wszędzie natarczywie słychać „Motorbike!”) i ruszyliśmy przed siebie. Ostrzegano nas, że większość tutejszych turystów to Rosjanie, ale cośmy zobaczyli to przechodzi ludzkie pojęcie! Dosłownie wszystkie – szyldy, nazwy, promocje na szybach i menu były zapisane cyrylicą. Co więcej wszędzie słyszeliśmy rosyjski. Na chodnikach i skuterach – właściwie sami biali (mieliśmy jakieś dziwne przeczucie, że Rosjanie..).

Mui ne - rosyjskie miasto

Mui Ne – rosyjskie miasto

Na szczęście po chwili zobaczyliśmy guesthouse (Lilly Guesthouse) , który na szyldzie miał napis „Obsługa w języku polskim”! To pierwszy taki przypadek, podczas całej naszej azjatyckiej wycieczki. Weszliśmy do środka, gdzie przy barze siedziało dwóch Polaków. Tak poznaliśmy Pawła, który od pięciu miesięcy wynajmuje jeden z hostelowych pokoi i pomaga obsłudze przy pracy. Dostaliśmy tam fantastyczny, czyściutki pokój, z wszelkimi wygodami za bardzo dobrą cenę 10$ (Mui Ne, ze względu na napływ turystów z Rosji jest nieco droższe niż Hue czy Hoi an).

Lilly guesthouse

Lilly guesthouse

Ponadto dowiedzieliśmy się co i jak tu zobaczyć, gdzie najsmaczniej zjeść i jakie powinny być ceny (tak, by nie dać się naciągnąć). Dobrze spotkać rodaka na obczyźnie!
Zaczęliśmy od obiadu w restauracji Mr. Crab, gdzie można było zjeść najdziwniejsze morskie stwory – od zwykłego (aczkolwiek ogromnego) kraba, po rekina czy żółwia. Co więcej wszystko pływało żywe w wielkich wannach, co by klient dostał świeże.

O, tam po prawej na dole - żołw!

O, tam po prawej na dole – żołw!

Większość restauracji w Mui Ne tak właśnie wyglądała. Postanowiliśmy nie szaleć zanadto i skusiliśmy się na najnormalniejszą w świecie rybę, którą podano nam zapieczoną z trawą cytrynową. Genialne! Taki zamiennik cytryny, z którą w Polsce zwykle je się ryby, ale nadawał zdecydowanie ciekawszego smaku. Zapisać, zapamiętać, wprowadzić w życie po powrocie 🙂

Rybka

Ryba z grilla w trawie

Najedzeni, wzięliśmy skuter z naszego hostelu za 7$ i dowiedzieliśmy się, że w centrum miasta jest przepiękny kanion, z którego ścian wypływa strumień – Fairy stream. Zaintrygowało nas to, a ponadto nie mieliśmy tego dnia już za dużo czasu, do wydm trzeba jechać około godziny, więc kanion był idealną opcją.
Przez Mui Ne prowadzi jedna prosta droga długości 18 kilometrów (są na niej znaki „uwaga, zakręt”, ale nie ma to żadnego przełożenia na rzeczywistość, droga jest prosta jak drut – potwierdza to jedynie chaos i bałagan, z jakim można utożsamiać Wietnam). Na całej drodze jest jeden mały mostek, pod nim płynie strumień z kanionu – łatwo więc tam trafić. Zaparkowaliśmy skuter za mostkiem, na terenie sklepu, więc zażądano o nas opłaty w wysokości 10 000 VDN, i jak to w Azji – po krótkiej dyskusji zapłaciliśmy 5 tysięcy. Zeszliśmy po schodkach w dół, zdjęliśmy buty i poszliśmy strumieniem w stronę kanionu, nie oczekując zbyt wiele. Woda była ciepła i bardzo płytka, a przez kolor piasku wydawała się jaskrawo czerwona. Dookoła rosły drzewa – kanionu ni widu, ni słychu.
Nie uszliśmy jednak więcej niż 200 metrów, gdy drzewa zniknęły, a dookoła wyrosły ściany zbudowane z czerwonego piachu i białych formacji skalnych. Zupełnie się nie spodziewaliśmy tak spektakularnego widoku!
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fairy stream

Fairy stream

Teraz najciekawsze – strumień miał wiele źródeł. Poszliśmy wzdłuż jednej odnogi i okazało się, że strumień tryska ze ściany kanionu! Czyli właściwie z góry piachu 🙂
Źrodło Fairy stream
To było nasze największe zaskoczenie w Mui Ne i zecydowanie iejsce godne polecenia.
Gdy tylko wyjechaliśmy z kanionu, uderzył nas kolejny niesamowity widok – wioska rybacka. A w zasadzie nie sama wioska robiła wrażenie, a setki małych kutrów rybackich, gęsto ułożonych w spokojnej zatoce.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mui ne - wioska rybacka

Mui Ne – wioska rybacka

Gdy wjechaliśmy do wioski uderzył nas gęsty smród – właściwie nie do wytrzymania. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej, jednak to nie do końca pomogło. Przez cały dzień, ten sam nieprzyjemny zapach prześladował nas w wielu miejscach . Trochę jak kocia karma, ale bardzo intensywny. Ignorowaliśmy go jednak.  Dopiero przy kolacji, podczas doprawiania, udało nam się zgadnąć – sos rybny! Następnego dnia, gdy zgubiliśmy się na prostej drodze na wydmy, trafiliśmy na całe pola palet, na których suszyły się maleńkie rybki – właśnie na sos. Jeśli ktokolwiek wąchał już kiedyś sos rybny, wie, że to nic przyjemnego. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić ten smród, ale wielokrotnie wzmocniony – witamy w Mui Ne 😛
Na wydmy jedzie się na północ od Mui Ne – w stronę Nha trang. Po 5-10 km pojawiają się czerwone wydmy (miejsce łatwo rozpoznać, po setce zaparkowanych tam autokarów i ludzi, naganiających na parking). Jednak, by zobaczyć białe wydmy, należy jechać dalej – kolejne 20-30 km i w momencie, kiedy człowiek już jest pewien, że jakimś cudem je minął, bo jedzie zdecydowanie za długo – pojawi się znak. Na 2 km przed wydmami kończy się asfalt, ale pojawia się niesamowity widok pustyni za ogromnym jeziorem.

Białe wydmy

Białe wydmy

Parking przy wydmach kosztuje 10 000 VDN (1,5 zł), tyle samo z resztą, co wejście. I już jest tak dobrze, człowiek jest wreszcie na miejscu, może się cieszyć cudem natury, gdy nagle na drodze staje facet (sięgający Tobie pasa, bo to Wietnamczyk) i z uśmiechem zapytuje: ‚Sir! Może przejażdżka na strusiu?’. Spojrzałam na Pawcia – wszystko jasne. Oczy wielkie jak 5 złotych, mina, jakby właśnie przyszedł św. Mikołaj – nie było już odwrotu… W zasadzie jest to nie do opisania. Zobaczcie więc sami…
https://www.youtube.com/watch?v=2bC2uV2NSgo&feature=youtube_gdata_player
Dodam jedynie, że ta przyjemność kosztowała 50 000 VDN (czyli dobre 8 polskich złotych) oraz że takich miejsc jest wiele (przy kanionie też Wam zaproponują – jednak dwukrotnie drożej).
A same wydmy? Niesamowite i ogromne (można wziąć na nie quada, zaraz przy strusiu). Człowiek czuje się jak szczęśliwe dziecko wrzucone do ogromnej piaskownicy 😉
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Białe wydmy

Białe wydmy

Można się jedynie delikatnie przyczepić, że mogłyby być nieco bardziej białe 😉
Niesamowity skwar nie pozwala spędzić tam zbyt wiele czasu, chodzenie po takiej ilości piachu jest z resztą męczące. Wietnamczycy pomyśleli jednak o wszystkim – zaraz po zejściu z wydm można umościć się wygodnie w hamaku i wypić przepyszny (wiet: ‚thơm ngon), świeżo wyciśnięty sok z trzciny cukrowej (uwaga – bardzo słodki :)).

Nie ma to jak dobry hamak

Trzciną pijani 😉

Sok z trzciny - sieu!

Sok z trzciny – sieu!

Wracając zahaczyliśmy o czerwone wydmy – rownież naszym zdaniem mogłyby być nieco bardziej czerwone 😉

Wydma czerwona

Wydma czerwona

Mui Ne słynie jednak z jeszcze jednej rzeczy. Nasz gospodarz Paweł zabrał nas po południu na plażę w centrum miasta i oto jaki ukazał nam się widok:

Kitesurfingowy raj

Kitesurfingowy raj

Całe niebo pełne ogromnych latawców, a w wodzie – masa chłopaków, skaczących na falach, jak szaleni. Szczególny występ dał instruktor z zaprzyjaźnionej szkoły kitesurfingowej, między innymi wzlatując na dobre 15 metrów w górę, jednocześnie robiąc salto. Kurs kosztował ~500$, jednak nie chcieliśmy zostawać tu dłużej, więc się nie skusiliśmy (ale dopisaliśmy do naszej listy rzeczy, które trzeba w życiu zrobić :)).
Tego dnia ruszaliśmy dalej – do Ho Chi Minh, czyli Saigonu. Autobus mieliśmy jednak dopiero o pierwszej w nocy. Do tego czasu siedzieliśmy z naszym gospodarzem i słuchaliśmy ciekawych historii. Na przykład – kto wie czemu Wietnamczycy (Tajowie z resztą też) noszą maski chirurgiczne na twarzach – szczególnie podczas jazdy motocyklem? Tak, też myśleliśmy, że chodzi o zanieczyszczenie powietrza. Ponoć w jakimś stopniu jest to prawda. Jednak jak się tak dobrze przyjrzeć, raczej kobiety noszą maski… Po prostu – tak jak my robimy wszystko, żeby być opalone, tak Wietnamki robią dokładnie odwrotnie. Tutaj blade jest piękne i wzięło się to głównie z faktu, że opalenizna bierze się z pracy w polu! U mężczyzn z kolei często można spotkać długie paznokcie (!!) – powód ten sam, pracując fizycznie nie mogliby mieć takich paznokci. Kolejną ciekawostką jest fakt, że jak Wietnamczyk zacznie robić na czymś pieniądze, to drugi zaraz robi to samo. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że konkurencja powstaje dokładnie w tym samym miejscu (bo skoro ktoś coś tu sprzedał, to znaczy, że się opłaca). Dlatego w Wietnamie mamy tematyczne ulice, np. ulica na której sprzedaje się  wyłącznie plecaki albo taka, na której myje się motocykle albo dajmy na to – je same kraby. Rzędy identycznych stoisk, śmieszny widok (szczególnie rzuciło nam się to w oczy w Hanoi, stolicy Wietnamu).
Dobra, wystarczy. I tak wiem, że czytacie tego posta wyłącznie dla strusia. Na koniec więc, specjalnie dla Was kochani, raz jeszcze fantastyczne widowisko z ujeżdżania bestii (it’s a lama!) 😉
https://www.youtube.com/watch?v=2bC2uV2NSgo&feature=youtube_gdata_player

Thank you teacher for teaching us today

Anna od dawna wspominała o wolontariacie. Nie potrafiła sprecyzować co, ani gdzie chciałaby robić, ale na pewno chciałaby komuś pomóc, przyczynić się do tego, że ktoś biedny poczuje się lepiej. Nie będę ukrywał, że do tego pomysłu byłem nastawiony sceptycznie. Założyłem że z wiekiem zaczął odzywać się w niej instynkt macierzyński i zwyczajnie bagatelizowałem sprawę. Zbiegiem okoliczności w naszym hotelu w Siem Reap znaleźliśmy adekwatne ogłoszenie. Szkoła dla sierot i biednych dzieci poszukuje wolontariuszy do nauczania języka angielskiego. Skoro ogłoszenie jest w hotelu, do tego jest strona internetowa, to może nie trafimy od razu do niewoli, ani nie zjedzą nas kanibale w dżungli. Spróbujmy. Wymieniłem z właścicielem kilka maili… i oto jesteśmy w Samart School, na wiosce Spean Kaek w okolicach Siem Reap.

Samart School

Samart School na wiosce Spean Kaek w okolicy Siem Reap

Przyjechaliśmy na miejsce 31.03.2014 około 13:00. Lekcje odbywają się codziennie od 15:30 do 20:00. W szkole nie było jeszcze nikogo. Naprzeciwko znaleźliśmy jednak babcię i dziadka, u których jak się okazało mieliśmy zamieszkać na czas pobytu. Babcia ogolona na łyso z taką próchnicą zębów, że ciężko jest to sobie wyobrazić, a jeszcze ciężej zrozumieć jakim cudem jej zęby są ciągle na swoim miejscu. Nie zmienia to faktu, że jest to bardzo sympatyczna, wiecznie uśmiechnięta rodzina. Siedzieliśmy na drewnianych ławkach w cieniu bambusowego zadaszenia, gdzie termometr wskazywał 34 stopnie. Pot lał się z nas strumieniami. Psy w okolicy kopały sobie coraz głębsze dołki w piachu, w których następnie próbowały się chłodzić, a po posesji kroczyły małe kurczaki, obdarte z większości piór, żywiące się suchymi liśćmi, które spadły z pobliskich drzew.

Chicken

Dog

W międzyczasie przyjechał skuter z lodem w postaci ogromnych bloków. Khmerowie podobnie jak ich zachodni i wschodni sąsiedzi potrafią przewieźć skuterem wszystko. Zaraz za blokami lodu siedział około sześcioletni chłopiec. Podjeżdżali do nas i razem ze skuterem oraz lodem przewrócili się. Chłopak przekoziołkował i zatrzymał się 2 metry dalej, lód rozpadł się na mniejsze kawałki, a widzący to dziadkowie… śmiali się do rozpuku. Tym samym poobijane dziecko również zaczęło się śmiać, a nie ryczeć jak miałoby to miejsce w Polsce. Wspólnie pozbierali lód, umyli i schowali do lodówki. Dzień powszedni w Kambodży 🙂

Około 15:00 zaczęły pojawiać się pierwsze dzieci. Niektóre zupełnie boso, w podartych i brudnych ubraniach. Czasami miały ze sobą kilka groszy na cukierka lub jednego chrupka kukurydzianego, które kupowały od wspomnianej wyżej babci odpoczywającej na bambusowej macie.

Sklep

Sklep

Dzieci wykazywały początkowo umiarkowane zainteresowanie, aż w końcu dwie dziewczynki jakby nigdy nic usiadły obok nas. Każda trzymała swojego chrupka. Wystarczyło raz się do nich uśmiechnąć, żeby nie odstąpiły nas, aż do rozpoczęcia zajęć. Jedna dziewczynka miała zeszyt. Zniszczony do granic możliwości z oderwaną okładką. W środku można było znaleźć literki alfabetu i pojedyncze krótkie słowa w języku angielskim. Nie rozumiały prawie żadnego pytania, z tych które próbowaliśmy zadawać. Jak można nauczyć języka angielskiego dziecko, które nie ma o nim pojęcia, a my nie znamy khmerskiego, żeby cokolwiek wytłumaczyć?

Punktualnie o 15:30 przyjechały dwie białe wolontariuszki z Holandii, które zdecydowanie znały już to miejsce. W ciągu pięciu minut udzieliły nam krótkich wskazówek. Prowadzone były 4 równoległe grupy. Brakowało nauczyciela dla najmłodszej. Około 20 dzieci w wieku 6-10 lat. Zostaliśmy więc sami na polu walki. Dzieci straciły zainteresowanie lekcją po około 3 minutach. Trzeba było improwizować. Spróbowaliśmy z liczbami. Okazało się, że umieją liczyć do dwudziestu, ale nie potrafią rozpoznać jaką liczbę napisaliśmy na tablicy, bez ponownego liczenia od jedynki. To zajęło nam dłuższą chwilę.

Samart School

Lekcja z najmłodszą grupą

Największym problemem był nawyk do wykrzykiwania odpowiedzi przez wszystkie dzieci w tym samym czasie. Nie rozumiały dlaczego miałyby mówić pojedynczo, skoro więcej osób zna odpowiedź, albo po prostu każde chce nam o czymś powiedzieć i nie ma chwili do stracenia. Tym samym te mniej agresywne dzieci, nie udzielały się w ogóle, a gdy próbowaliśmy je ciągnąć za język, były zagłuszane przez towarzyszy. Niestety ten nawyk zostaje i starsze dzieci w wieku 12-15 lat zachowują się dokładnie tak samo. Po 45 minutach lekcji byliśmy skrajnie zmęczeni. Wysoka temperatura w połączeniu z gromadą khmerskich dzieci to mieszanka wybuchowa.

Ogólny chaos pod koniec zajęć. Na szczęście nasza grupa była o wiele mniej liczna..

Ogólny chaos pod koniec zajęć. Na szczęście nasza grupa była o wiele mniej liczna..

Pod koniec zajęć z najmłodszymi, w naszej klasie pojawił się właściciel szkoły i główny organizator całego przedsięwzięcia. Dwudziestopięcioletni Khmer o imieniu Song. Wychował się w wielodzietnej, wiejskiej rodzinie podobnie jak jego obecni uczniowie. Jako jedyny z rodzeństwa nauczył się czytać i pisać. Pomógł nam trochę organizując wspólne wyśpiewywanie słów zaczynających się na każdą literę alfabetu po kolei. Dzieci co kilka minut trzeba było rozruszać poprzez wspólne pokazywanie rękoma kierunków, rozpoznawania słów oznaczających aktywności takie jak skakanie, bieganie, spanie czy klaskanie. Inaczej po kilku minutach nikt już nas nie słuchał. Najdłuższe 45 minut jakie pamiętam. Na koniec wszystkie dzieci wstały i jednogłośnie wykrzyczały słowa, które słyszeliśmy też na każdej kolejnej lekcji: „Thank you teacher for teaching us today. Bye bye. See you tomorrow.”. Wybiegając z klasy przybijały nam piątkę, a raczej high-five (wcześniej podczas nazywania części ciała wyciągnąłem dłoń do jednej z dziewczynek oczekując, że powie mi co to za część ciała – no i powiedziała: ‘high-five!’).

Po zakończeniu pierwszej lekcji zastanawiałem się czy nasza obecność w tym miejscu ma jakikolwiek sens. Przecież te dzieci niczego się od nas nie dowiedzą. Nie wytłumaczymy im nic w ich ojczystym języku, a angielskiego na razie prawie w ogóle nie znają, więc nie ma mowy, żeby nas zrozumiały…

Mieliśmy 15 minut przerwy podczas, której Song opowiedział nam o szkole i o nauczycielach. Szkoła to budynek powstały z kilku desek i gwoździ. Ściany stanowią często maty bambusowe, które trzeba zmienić zanim przyjdzie pora deszczowa. Mimo to, ściany pomalowane są na kolorowo, a wolontariusze namalowali na nich różne obrazki z angielskimi opisami. Dzięki temu atmosfera w szkole jest przyjemna. Budynek mimo, że bardzo biedny i trochę rozsypujący się, przyciąga a nie odrzuca.

Pomieszczenia dla najmłodszych

Pomieszczenia dla najmłodszych

Sala lekcyjna w Samart School

Sala lekcyjna w Samart School

Do szkoły uczęszcza ponad 300 dzieci w różnym wieku. Nauczyciele to w większości byli lub obecni uczniowie, którzy poznali język na tyle, że mogą uczyć młodszych od siebie.

Kolejne zajęcia prowadzone były przez młodą Khmerkę, która od miesiąca naucza dzieci mówiące już trochę po angielsku. W pierwszej grupie było ich około piętnaścioro w wieku 10-15 lat. Zeszyty miały może trzy osoby. Niektóre nie potrafiły czytać, więc pisanie na tablicy częściowo mijało się z celem. Nauczycielka pytała nas czy dobrze konstruuje zdania, czy może użyć takiego lub innego słowa, a później tłumaczyła to samo uczniom w języku khmerskim. Mimo przekrzykiwania się podobnego jak u najmłodszych, te zajęcia po woli zaczynały przynosić efekty.

Lekcja z grupą intermediate

Lekcja z grupą intermediate

Tematy były bardzo proste: członkowie rodziny, przedstawianie się, dni tygodnia. Z tą nauczycielką spędziliśmy 90 minut pomagając jej przy dwóch grupach na tym samym poziomie językowym. W drugiej grupie pojawił się jeden chłopak, który doskonale nas rozumiał i odpowiadał poprawnie na wszystkie pytania. Okazało się, że musi przychodzić do grupy początkującej, żeby przyprowadzić do szkoły innego, młodszego chłopca. Następnie sam idzie na zajęcia grupy zaawansowanej.

Na koniec zajęć obowiązkowo gry i zabawy. Tym razem Anna w roli głównej.

Po zakończeniu lekcji, dzieci wychodząc z sali przybijały nam piątkę, a niektóre również przychodziły się przytulić w ramach podziękowania. Wszystkie bez wyjątku były bardzo wdzięczne. Nauczycielka chciała zapytać nas o wiele rzeczy oraz opowiedzieć o jej ojczystym języku. Sama jest w trakcie nauki, ale stara się zdobyć doświadczenie nauczyciela, żeby zacząć zarabiać własne pieniądze. Ma 23 lata. Codziennie rano pomaga rodzicom w sprzedaży słodyczy w ich sklepie, później przychodzi uczyć angielskiego, a jak starczy czasu to wieczorami uczy się sama. Nie brzmiała zbyt optymistycznie.

Następnie zostaliśmy przydzieleni do prowadzenia zajęć w bibliotece od 19:15 do 20:00.

Samart School

Biblioteka Samart School

Polegały na pracy z uczniami, którzy czytają książki na głos. Poprawialiśmy ich błędy w wymowie oraz tłumaczyliśmy co oznaczają słowa, których nie rozumieją. Trafiliśmy na grupę, która mniej więcej nas rozumiała, więc zajęcia były całkiem przyjemne. Anna spędziła całą lekcję doszkalając nauczycielkę, której asystowaliśmy w poprzednich zajęciach. Ja natomiast czytałem Kubusia Puchatka z trojgiem młodych Khmerek. Ciężko było wytłumaczyć czym jest hefalump, ale jakoś się dogadaliśmy. Ostatnie 10 minut spędziliśmy na rozmowie. Dziewczyny nie były w najgorszej sytuacji. Uczą się i nie muszą pracować. Jedna chce zostać policjantką, druga przewodnikiem oprowadzającym turystów po Angkor, a trzecia.. neurochirurgiem. Każdy Khmer bez wyjątku reaguje tak samo na informację o tym, że ich nauczyciel zajmuje się pisaniem programów komputerowych. Jest to dla nich coś niesamowitego, co najmniej jakbym latał statkiem kosmicznym. Prawie nikt tu nie ma komputera. W godzinach porannych prowadzone są zajęcia z podstawowej obsługi komputera, jednak ciągle jest to dla nich coś zupełnie obcego i nieznanego.

Po zakończonych zajęciach uczniowie wrócili do swych domów, a my mogliśmy wspólnie z innymi wolontariuszami zjeść kolację i porozmawiać. Niektórzy byli tam tylko kilka dni, podobnie jak my, ale byli też tacy, którzy zostali na kilka miesięcy. Głównie młodzi ludzie z Europy oraz Australii.

Samart School

Wspólny obiad z woluntariuszami i właścicielem szkoły

Nadszedł wieczór, czas na kąpiel i sen. Zęby można było umyć tylko korzystając z wody mineralnej. Jeśli chodzi o toaletę i kąpiel – Khmerowie kąpią się nago tylko jako dzieci. Później w dorosłym życiu zdejmowanie ubrania nie jest właściwe. Dlatego kąpią się trzy razy dziennie, ale w ubraniu. Jak to wygląda? Obok domu stoi „wanna” napełniona wodą ze studni. Jest też naczynie. Trzeba nabrać wody z wanny, stanąć obok i oblać się nią tak, aby woda ściekając z nas nie trafiła z powrotem do wanny.

Kąpiel

Kąpiel

Kąpiel przynosi ulgę tylko wcześnie rano lub późno wieczorem. Podczas dnia po kilku minutach byliśmy z powrotem spoceni do granic możliwości. Jeśli chodzi o toaletę, to doskonale opisał ją właściciel szkoły. Są dwie możliwości oczyszczenia się po załatwieniu grubszej sprawy. Pierwsza to ‚Cambodian style’, a druga to ‚zorganizować sobie papier’. Koło ubikacji (tutaj całkiem nowoczesnej – zamiast dziury w ziemi jest sedes na równo z ziemią) stoi identyczna wanna jak do kąpieli, więc zamiast papieru można użyć ręki i od razu się umyć.

Toaleta

Toaleta

Wolontariusze śpią we wspólnym pokoju, razem z właścicielami domu czyli wspomnianymi wcześniej babcią i dziadkiem. Około 23:00 wszystkie światła zgaszone, a moskitiery rozłożone. Dach oddzielony jest od ścian, a w oknach nie ma szyb, więc jest ciągły przewiew. Do tego zamontowano kilka wiatraków, więc można było spokojnie zasnąć wsłuchując się w odgłosy dżungli. Co chwila słychać dyskutujące gekony, co jakiś czas charakterystyczne ‚toke-toke’ wydawane przez największy gatunek gekona (łac. Gekko gecko) oraz niezwykle głośne żaby i cykady. Niesamowite wrażenia.

Nocleg w Samart School homestay

Nocleg w Samart School homestay

Samart School Homestay

Samart School Homestay

Drugiego dnia pobytu, zaraz po śniadaniu zabraliśmy się za oczyszczanie terenu szkoły. Na placu zabaw (kilka tygodni wcześniej zbudowanym przez wolontariuszy) każdego dnia pojawia się mnóstwo śmieci. Na początku nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego. Śmieci to ogromny problem tak w Kambodży jak i we wszystkich krajach Azji, które zwiedziliśmy. Dzieciaki przychodzą do szkoły, bawią się na placu zabaw i rzucają na ziemię wszystko co mają, od opakowań po cukierkach, do pozostałości po ołówkach czy zeszytach. Tak robią ich rodzice i dziadkowie. Tak robi mnóstwo ludzi w całej Azji. Podczas jedzenia rzucają pod siebie resztki. Podczas jazdy autobusem wyrzucają opakowania przez okno. Takich przykładów mógłbym podać dużo więcej. Nauczyciele w szkole mają obowiązek zwracać na to uwagę. Czy to robią? Nie wiem. Teren który sprzątaliśmy wyglądał jak po trzydniowym festiwalu muzycznym. Dlaczego nikt nie każe sprzątać uczniom? Też nie wiem. Co ciekawsze, zbierane śmieci są wynoszone za bibliotekę, tam leżą przez jakiś czas, a następnie są spalane. Ciekawe o tyle, że nie ma tam żadnego ogrodzenia, ani pojemnika w związku z czym śmieci prowadzone wiatrem rozrzucone są po okolicznych polach. Nikomu to nie przeszkadza. Syzyfowa praca.

Wysypisko śmieci...

Wysypisko śmieci…

Rodzice nie nauczą tych dzieci porządku. To jest w rękach nauczycieli i możliwe że wolontariuszy. Pamiętam że nie mogłem zrozumieć jak moi koledzy z podwórka mogli kupić loda i chwilę później wyrzucić opakowanie na trawę skoro obok stoi śmietnik. U mnie w domu to było nie do pomyślenia, a dla nich było to zupełnie normalne. Ani ja nie rozumiałem ich, ani oni mnie. Przeleciałem pół świata i zobaczyłem to samo, tylko na dużo większą skalę. Na moim podwórku znalazł się czasami sąsiad, który chłopaków pogonił. W Kambodży nikt nie wie, że to jest złe – więc nikt nikogo nie goni.

Plac zabaw

Plac zabaw

Po sprzątaniu zostało nam jeszcze trochę czasu. Wraz z dwójką dzieci uzupełnialiśmy brakujące litery alfabetu na ścianie jednej z sal lekcyjnych. Były na tyle małe, że nie rozumiały tego co do nich mówiliśmy, ale nie stanowiło to problemu. Każda zabawa jest dla nich dobra. Jeśli chodzi o kolorowanki – nie trzeba było dwa razy pytać.

Samart School

Wystrój szkoły tworzony jest wspólnie z uczniami

Samart School drawing

Około 15:00 zaczęli przychodzić uczniowie. Tym razem byliśmy już dużo lepiej przygotowani i lekcje szły sprawniej niż dnia poprzedniego. Uczniowie pamiętali nas, wzajemnie zaczynaliśmy się poznawać. W przerwach między lekcjami patrzyliśmy jak bawią się na przygotowanym przez wolontariuszy placu zabaw. Proste zabawy dawały im naprawdę mnóstwo radości. Niektóre dzieci przychodzą wcześniej, na 2-3 godziny przed rozpoczęciem zajęć, żeby się pobawić na ich własnym placu zabaw.

Ścianka postawiona przez wolontariuszy cieszy się dużym zainteresowaniem

Ścianka postawiona przez wolontariuszy cieszy się dużym zainteresowaniem

Plac zabaw zbudowany przez wolontariuszy

Plac zabaw zbudowany przez wolontariuszy

Niektóre dzieci przyjeżdżają na zajęcia rowerami

Niektóre dzieci przyjeżdżają na zajęcia rowerami

Po zajęciach nadszedł czas na pożegnanie, ostatnią wspólną kolację i rozmowę. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu z nauczycielkami w bibliotece. Jedna z nich doskonale mówi po angielsku, a uczyła się od zera właśnie w Samart School. Teraz uczy innych, a sama marzy o uniwersytecie. Jest żywym przykładem na to, że takie działania mają sens. Wolontariusze wspólnie planują zorganizować jej stypendium, które umożliwiłoby jej pójście na studia w Siem Reap.

Samart School

Nauczycielki języka angielskiego

Song przyjmuje mnóstwo wolontariuszy. Niektórych pewnie zapamięta, a innych nie. My zapamiętamy go na pewno. Szczególnie ze względu na ciekawe poczucie humoru i obracanie wszystkiego w żart. Ale tego nie da się opisać – musielibyście poznać go sami.

Song - założyciel szkoły

Song – założyciel szkoły

Następnego dnia o 7:00 nad ranem przyjechał po nas tuk-tuk. Ciężko było stamtąd wyjeżdżać. Ciągle mamy w głowie piosenki śpiewane przez dzieci. Czasami sam łapię się na tym, że myślami wracam w tamto miejsce i zastanawiam się co będzie dalej z uczniami Samart School.

Kambodża jest na podobnym etapie, na którym Polska była niedługo po drugiej wojnie światowej. Polskę zniszczyli Niemcy, a Kambodżę.. jej mieszkańcy – reżim Czerwonych Khmerów. Z tą różnicą, że w Kambodży działo się to niewiele ponad 30 lat temu, więc kraj nie zdążył się jeszcze do końca pozbierać. Obecnie połowę ludności Kambodży stanowią dzieci, które są nadzieją na lepszą przyszłość tego kraju.

Wyjazd z dużego miasta jak Phnom Penh czy Siem Reap pozwala zobaczyć jak naprawdę wygląda tu życie. W takich chwilach doceniam, że urodziłem się w Polsce i przestaję narzekać. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w wolontariacie. W Samart School byliśmy tylko dwa dni. Mimo tak krótkiego czasu, to co zobaczyliśmy pozostanie z nami na zawsze. Człowiek taki jak ja, w Polsce idzie do szkoły, później na studia, na których ma rzecz jasna ciężej niż jakikolwiek inny student, następnie idzie do pracy, która jest w jego opinii najcięższa na świecie. Zaczyna pogoń za pieniędzmi, kupuje nowe, często niepotrzebne rzeczy i szuka szczęścia, które z każdą zarobioną złotówką pozornie jest bliżej. Kilka dni w prawdziwej Kambodży, tej której nie ma w kolorowych przewodnikach, pozwala na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad swoją głupotą.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią zostać w tym miejscu wiele miesięcy. Tam nie ma nic z naszego codziennego życia. Jest wioska, wychudzone zwierzęta, bambusowe ściany, ciągły upał, kąpiele polegające na oblewaniu się brudną wodą ze wspólnej wanny i brak papieru toaletowego. Nawet jeśli ktoś zdecyduje się zostać dłużej, to niestety nie ma nic za darmo. Jedzenie, prąd i woda kosztują. Jest to koszt 8$ za dobę, czyli nic w porównaniu z mieszkaniem w hotelach i jedzeniem w restauracjach, jednak te 8$ przez rok czyni 2920$ czyli około 10 tysięcy złotych. Do tego trzeba dodać przelot, dojazd, wodę zdatną do picia oraz wszystko co chcielibyśmy mieć poza trzema posiłkami dziennie i dachem nad głową. Nikt nam tego nie zasponsoruje. Gdyby w Kambodży były finanse na opłacanie wolontariuszy, to pewnie znalazłoby się też coś dla rodowitych nauczycieli, na cegły do postawienia szkoły oraz na buty dla bosych dzieci. Niestety.

Jedna z najmłodszych uczennic

Jedna z najmłodszych uczennic

My jesteśmy już w autobusie jadąc do Tajlandii. Uczniowie niedługo przyjdą do szkoły, może przyjdzie nowy nauczyciel, może nie. Nigdy nie wiadomo. Nas już tam nie będzie. Podziwiam tych, którzy przyjdą zostawiając własne życie w tyle. Ja nie jestem na to gotowy i możliwe, że nigdy nie będę. Gdyby nie decyzja o trzymiesięcznej podróży, Kambodżę znałbym jedynie z filmów o ile miałbym czas jakiś obejrzeć. Dlatego utwierdzam się w przekonaniu, że podróż to nie tylko zwiedzanie zabytków i leżenie na plaży. Trzeba znaleźć trochę czasu na poznanie ludzi, którzy żyją tu swym codziennym życiem, które nie zawsze jest tak lekkie i przyjemne jak nasze. Cieszę się, że trafiłem w to miejsce, jednak żałuję, że nie zdarzyło się to gdy miałem kilkanaście lat. Pozwoliłoby mi to bardziej cieszyć się, każdym dniem mojego życia, w którym tak naprawdę nigdy niczego mi nie brakowało.

P